środa, 19 lutego 2014

Wielkanocna przymiarka, cz.1

Jako, że jestem kompletnym antytalentem fotograficznym, celowo czekałam na przyjazd mojej uzdolnionej Siostry, by zrobiła mi porządne zdjęcia kolejnych (po)tworków.


* * *


Choć do Wielkanocy jeszcze trochę czasu, ja już zabrałam się za dziobanie w styropianowych jajkach. Jestem totalną debiutantką i - w dodatku - osobą dość niecierpliwą, więc chciałam jak najszybciej nauczyć się kolejnej fajnej rzeczy związanej z quilling'iem. Obklejanie jajek wydało mi się dość proste.

Nie myliłam się. Stworzenie takiego jajka to chyba najłatwiejsza część przygody z quilling'iem. Trzeba tylko poskręcać sobie kilkaset pasków, zostawić kilkanaście na dopieszczenie szczegółów, a potem klej, pęseta, dobra lampka i jedziemy z koksem.


* * *


Na pierwszy ogień poszedł baranek wielkanocny.

Buźkę zrobiłam z 3-milimetrowych pasków w odcieniach różu. Niestety nie miałam pojęcia, że będzie mi ich trzeba tak dużo i twarz baranka wyszła w dwóch odcieniach. W dodatku nie pomyślałam, żeby najpierw pomalować część jajka farbką, by białe miejsca nie prześwitywały przez paskowe kółka. Cóż, człowiek uczy się na błędach.

Potem 6-milimetrowe paski białe, na załatwienie których wpadłam zupełnym przypadkiem, siedząc w pracy. Zużyte kartki, z jednej strony czyste, niszczarka do papieru i voilà. Skoro pocięte na kawałki kartki i tak miały iść do wywalenia na makulaturę... Nic, tylko skorzystać, bo przecież zapisana część nie będzie widoczna - kółka są ściśnięte.

Troszkę dumania na temat ogona. Następnym razem przy użyciu grzebienia zrobię coś w rodzaju pomponika. Będzie bardziej przypominał ogon owcy.

Nóżki to mini-kolumienki zrobione z białych pasków 6-milimetrowych i jednej warstwy ciemnego paska 3-milimetrowego. Ot, taka raciczka.

Rogi na brązowo, choć widziałam w pracach innych osób, że decydowano się też na różki kremowe. Też ładnie wygląda takie zestawienie kolorystyczne. Ale przyznać muszę, że czeka mnie jeszcze przećwiczenie robienia tych barankowych rogów. Kształt jakiś taki nie bardzo.

Efekty poniżej:


wtorek, 4 lutego 2014

Moje początki

Wszystko wzięło się z tego, że zostałam zachęcona do wzięcia udziału w przedszkolnym konkursie na najładniejszą ozdobę choinkową. Od lat nie miałam papieru kolorowego i nożyczek w rękach, ale postanowiłam zrobić przyjemność mojemu dziecku. Okazało się, że tak się wciągnęłam w prace ręczne, że zapragnęłam nie tylko przypomnieć sobie, co sama wykonywałam na pracach ręcznych jako uczennica podstawówki, ale i nauczyć się czegoś zupełnie nowego.

Padło na quilling.

Na początku była nieco przerażona, bo wujek Google wyszperał mi takie cudeńka, że byłam bliska porzucenia swojego postanowienia. Ja i taka sztuka? W życiu się tego nie nauczę! W dodatku trafiłam na genialną quillingową reprodukcję obrazu mojego ulubionego malarza, Vincenta Van Gogh'a. Jeszcze chwila i oddałabym zakupiony szybciutko zestaw startowy komu innemu.

Zawzięłam się jednak.

Najpierw kilka ćwiczeń:




Nie jest tak tragicznie, choć początkowo miałam problem z dobraniem odpowiedniej długości paska i tym, jak ściśle go przytrzymuję podczas zwijania i sklejania końcówki.

Gdy poczułam się pewniej, pomyślałam o czymś ambitniejszym. Pozazdrościłam innym twórcom talentu, znalazłam w Sieci szablon i w jedną noc zrobiłam takiego oto motyla:




Motylek w kolorach niespecjalnie urodziwych, bo z zestawu startowego zostały mi resztki. Ponadto nie jest przyklejony do kartki, można go wziąć do ręki albo nawet na sznurku powiesić, ot co. W tej pracy zależało mi głównie na potrenowaniu zwijania, tworzenia kształtów ze sklejonych już pasków. Momentami: ciężka sprawa, paluchy jakieś niezgrabne.

Ze ściągniętych z Sieci szablonów bardzo kusił mnie obrazek z balonem lecących między chmurami. Pomyślałam, że taki obrazek ładnie wyglądałby na ścianie pokoju mojego dziecka. Miałam w swoich domowych zasobach niebieski karton odpowiedniego rozmiaru, nieco białych kartek, więc gdy tylko czas pozwolił (znowu nocka zawalona), wzięłam się do pracy.